Nie bójcie się zaufać

Dziesięć lat temu rzuciłam pracę w Warszawie i z biletem w jedną stronę poleciałam do Azji. Towarzyszył mi mój ówczesny partner, z którym od wielu lat tworzyliśmy podręcznikowy przykład toksycznego związku. Po każdym zerwaniu dawałam się przekonać do powrotu, a lata mijały chyłkiem. Stopniowo mieliśmy na siebie coraz bardziej katastrofalny wpływ, przeistoczyliśmy się w bezduszne energetyczne wampiry. Zaimek "my" jest tutaj nieprzypadkowy. Choć wina za nieudany związek rzadko kiedy rozkłada się symetrycznie, często leży po obu stronach.

Po kilku miesiącach włóczęgi, zatrzymaliśmy się na dłużej w Hanoi, gdzie zaczęłam uczyć angielskiego w renomowanej szkole językowej. Praca umożliwiła mi połączenie dwóch pasji: podróżowania i uczenia. Do pełni szczęścia brakowało mi jedynie zerwania. Marzyłam, żeby na zawsze pozostać singielką. Straciłam złudzenia. Nie ufałam mężczyznom, przestałam wierzyć w miłość. Pełna kapitulacja. Z rozgoryczenia wymyślałam przeróżne wymówki i teorie, na przykład, że przyciągałam do siebie wyłącznie zimnych drani, ponieważ porządni faceci mnie nie pociągali. Błędne, damsko-męskie koło. Singielstwo stało się dla mnie symbolem spokoju ducha.

Tak więc, gdy koleżanka poprosiła mnie, abym poszła na kawę z jej znajomym Pakistańczykiem, kategorycznie odmówiłam. W odpowiedzi usłyszałam: "Za późno, dałam mu już twój numer". Wydzwaniał. Nie było wyjścia, musiałam go spławić osobiście. Było to o tyle trudne, że głowę miałam napchaną uprzedzeniami na temat Pakistanu. A co jeśli facet wysadzi mi się przy kawie? Zamierzałam odfajkować spotkanie w trybie ekspresowym. Zamiast terrorysty, odnalazłam bratnią duszę. Zakochaliśmy się na zabój, od pierwszego wejrzenia w czysto bollywoodzkim stylu. Wiem, wiem, też wcześniej nie wierzyłam w takie dyrdymały. Saqib sprawił, że w mgnieniu oka zapomniałam o wszystkich wcześniejszych postanowieniach oraz zrobiłam to, do czego przymierzałam się od dłuższego czasu. Skończyłam nieudany związek. Wynajęłam mieszkanie. Wyprowadziłam się.

Początki naszego związku obfitowały we wzloty i upadki. Dwa lata wcześniej, gdy Saqib wyjeżdżał na stałe z Pakistanu, żeby rozpocząć pracę w Singapurze, jego rodzice pospiesznie zaaranżowali dla niego zaręczyny. Małżeństwo z nieznajomą miało zapobiec rozbisurmanieniu najstarszego syna na obczyźnie. Czyżby podświadomie przeczuwali, że zakocha się w cudzoziemce? Karygodne wykroczenie dla konserwatywnych pakistańskich rodzin. Przez pierwsze dwa lata wszyscy byli przekonani, że nasz związek nie miał żadnych szans na przetrwanie. Wszyscy oprócz nas. W pewnym momencie nastąpił niespodziewany przełom i dzięki serii niewiarygodnych wręcz splotów okoliczności, pobraliśmy się. Ślub odbył się w Tanzanii, gdzie wtedy pracowaliśmy. Potem mieszkaliśmy też w Dubaju, Arabii Saudyjskiej, Nigerii i Beninie w Afryce Zachodniej, wkrótce znowu będziemy się przeprowadzać.

Przezwyciężyliśmy przeciwności losu, ponieważ zamiast gubić się w szczegółach, skupiliśmy się na sednie sprawy – chcieliśmy spędzić ze sobą resztę życia. Gdybyśmy zaczęli dzielić włos na czworo, z pewnością znaleźlibyśmy tysiące powodów do zerwania. Zwłaszcza, że obydwoje byliśmy po przejściach. Lecz zamiast rozpamiętywać zaprzeszłe krzywdy, wybaczyliśmy i zapomnieliśmy. Zerwanie okowów przeszłości ułatwiło nam wyjście z emocjonalnej skorupki. Obdarzyliśmy się absolutnym zaufaniem i miłością. Całkowicie się przed sobą otworzyliśmy i zaakceptowaliśmy. Zbudowaliśmy nasz związek na tolerancji i empatii. Choć nigdy nie próbujemy się na siłę zmieniać, zawsze chętnie się od siebie uczymy. Przypuszczam, że dlatego zjednoczenie ponad kulturowymi podziałami poszło nam jak z płatka.


Jeśli chcecie nas lepiej poznać, więcej o naszym międzykulturowym związku i podróżach możecie przeczytać na blogu https://hankasaqib.com. A jeśli macie ochotę pogadać, najlepiej kontaktujcie się przez nasz fanpejdż na Facebooku https://web.facebook.com/Hanka-Saqib-1478930102408482/